ARTYKUŁY, Bez kategorii

Tryb singleplayer to strata pieniędzy i zasobów – tylko niewielki procent kończy kampanię fabularną… Czy to ważne?

Nick Zampella, prezes studia Respawn Entertainment odpowiedzialnego za produkcję  nastawionego na multi Titanfall-a stwierdził kilka dni temu, że tworzenie gry nastawionej na tryb singleplayer nie opłaca się, bo zbyt mała ilośc graczy ogląda napisy końcowe i pruje przez singla jakby to był jakiś wyścig. Wspomniał również o tym, że dodanie trybu multi do produkcji wymusza podzielenie ekipy i teoretycznie projektowanie 2 różnych gier. Dodajmy do tego jeszcze gadkę o tym, jak drogie jest tworzenie gier w iście Hollywodzkim stylu i wychodzi na to, że tryb single player powinien odejść do lamusa.
Według słów Zampelli, tylko 5% graczy kończy główną kampanię fabularną dlap ojedynczego gracza. Szkoda, że jak zwykle są to dane wziete zapewne z „tyłka” i niezbyt wiele mówiące. Była jakaś ankieta robiona,  Valve przygotowało jakiś raport na podstawie danych ze steama czy zlecono  jakieś badanie runku? Nie wiadomo i pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Podobnie jak z raportami na temat piractwa, dane są źle interpretowane albo są interpretowane tak jak jest interpretującemu wygodnie.

Należy sobie postawić pytanie, czemu statystyki mówiące o tym jak mało ludzi kończy główną kampanię są traktowane jako  porażka. Dlaczego nie wzięto pod uwagę playtime’u, który dla tak wielu jest często  kluczowym czynnikiem mającym wpływ na kupno gry. Co z tego, że 90% graczy ukończy grę, która starcza na 5-7 godzin zabawy?  Przecież z najlepszą grą mamy do czynienia wtedy, kiedy nie chcemy jej skończyć bo świat/fabuła/postacie/gameplay/grafika są tak genialne, że chcemy spędzić w grze jak najwięcej czasu. I nawet jeśli gra w końcu się kończy to przecież możemy do niej zawsze wrócić i zagrać jeszcze raz, tylko tym razem trochę inaczej.

Problem w tym, że takie produkcje nie rosną jak grzyby po deszczu. Obecnie coraz częściej traktuje się nas hollywodzkimi produkcjami – wszystko jest przewidywalne do bólu, wybory są tylko pozorne a rozgrywka jest liniowa. Próbuje się z nas wycisnąć łzy, poruszyć sumienie albo zwrócić uwagę na problemy typu rasizm (Bioshock Infinite niedługo pod lupą, będzie antyrecenzja). Coraz częściej gry przypominają interaktywny film albo serial. Nawet jak tej rozgrywki starczy na 10-12h w przupadku filmu, to jednak nadal jest to film. Chyba tylko Metal Gear Solid V był grą, która chociaż film przypominała to jednak nadal dawała nam ogromną swobodę rozgrywki.  Nie mówię, że gry pokroju The Last of US, nowego Bioshocka, kolnego Uncharted czy Assasin Creeda są złe. Po prostu mam wrażenie jakbym cały czas jadł schabowego tylko w innej panierce. Smakować smakuje, początkowo nawet trochę inaczej. Ostatecznie jednak to nadal schabowy, trzeci raz pod rząd. Ehh te konsole…

Na PC oczywiście sytuacja wygląda trochę inaczej. Nadal mamy o wiele więcej gier, która dawają nam pewną swobodę w prowadzeniu rozgrywki, mamy rtsy, rpgi i mmo. Przykładów gier z świetnym replayability nie brakuje. I specjalne pominę tu h&s. Po części to zasługa modów i ich twórców, jednak nadal fundamentem jest sama gra. Wystarczy wrócić do czasów Gothica I i II – większość moich znajomych ukończyłą tą grę chociaż raz. Mimo bugów i sporych wymagań sprzętowych. Produkcja zdobyła tak ogromną popularność dzięki otwartemu światu, nietuzinkowej fabule oraz genialnym npcom i klimatowi. Jednak to właśnie otwarty świat i jego budowa sprawiły, że gracze spędzali w w Myrtanie dziesiątki albo nawet setki godzin. Ukończenie gry nie było tutaj najważniejsze. Większą frajdę dawało odnajdywanie różnych sekretów, easter eagów, kombinowanie jak ubić tego strażnika co pilnuje skrzynki czy po prostu zwiedzanie Myrtany.

Podobnie jest z grami z serii The Elder Scrolls. Skyrim + mody to setki godzin zabawy, do tego grę możemy dostować praktycznie pod swój styl gry. Mamy Fallouta New Vegas, mamy jeszcze serię GTA i zbliżają się jej piątą odsłonę, która zapowiada się bardzo miodnie. Oczywiście wszystkie wymienione gry to w sumie sandboxy, których wizytówką jest właśnie to, że zapewniają nam dziesiątki godzin świetnej zabawy i otwarty świat. Te gry nie mają multi, być może kończy je właśnie te 5%, ale czy to coś złego?

Nie samymi sanboxami jednak człowiek żyje. Jest wiele bardzo dobrych gier, czy to na konsole czy na PC, które opowiedzianą historią (Heavy Rain), klimatem wylewającym się z monitora i gameplayem potrafią wbić w ziemię. Killzony, Stalkery, Bioshocki, God of Wary, Gearsy, Mass Effecty, Assasin Creedy i zapewne jeszcze wiele innych, których nie wymieniłem.  Nie należy zapomnieć o grach starszych, które tak naprawdę wcale się nie zestarzały a były ojcami sukcesu wielu nowych gier (Deus Ex, System Shock, Diablo…).

Tryb singleplayer jest dzisiaj bardzo nam graczom potrzebny i nie ma mowy, żeby zniknął całkowicie. Multiplayer może nam dostarczyć nowych wrażeń, sprawić że zasmakujemy  sieciowej rywalizacji i na jakiś czas zapomnimy o samotnej rozgrywce. Trudno jednak szukać w multi tego, czego zaznaliśmy jako Wiedźmin Geralt albo Komandor Shepard  . Może kiedyś doczekamy chwili, kiedy nastąpi idealne połączenie kampani fabularnej z trybem multiplayer.

Na sam koniec złośliwie dodam, że oczywiście w przypadku gier nastawionych na multi, o wiele łatwiej będzie od nas wyciągnąć dodatkowe złotówki na kolejne mapy, bronie, zbroje, tryby rozgrywki, etc. Bo jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi oczywiście o pieniądze. Jeśli ktoś nie jest w stanie stworzyć dobrego trybu dla pojedynczego gracza i multi zarazem to może niech zastanowi się co robi źle. Jest bowiem wiele przykładów gier, którym jakoś się to udało.

About admin

No information is provided by the author.

Komentarze mile widziane

Podoba ci sie artykul, skomentuj go. Nie podoba sie, tez go skomentuj :)