ARTYKUŁY, Bez kategorii

Bioshock: Infinite – antyrecenzja

Sporo czasu minęło, zanim zdecydowałem się w nowego Bioshocka w ogóle zagrać. Nie było łatwo oprzeć się tej pokusie, bo cały Internet trąbił o tej grze jeszcze zanim została wydana. W końcu jeśli coś jest reklamowanego z takim rozmachem i cała growa prasa wydaje się mieć mokro na samą myśl o zagraniu w nowego Bioshocka to cholera ale coś musi być na rzeczy….

UWAGA, BĘDZIE  SPORO SPOILERÓW – NIESTETY…..

Ja jednak podchodziłem do tego tytułu dość sceptycznie. Pierwszy Bioshock był bardzo dobrą grą. Kawał solidnego fpsa z dobrą fabułą i genialnym zakończeniem. Drugi Bioshock niestety było raczej odgrzewanym kotletem i nie udało mi się go skończyć. Oczywiście pewnie niektórzy bawili się tak samo świetnie jak podczas grania w „jedynkę”, ja jednak miałem raczej mieszanie uczucia i odpuściłem sobie zwiedzanie Rapture po raz kolejny. Gdy zapowiedziano trzeciego Bioshocka, byłem po prostu w szoku. Zupełnie nowy, niezwykle oryginalny świat, świetnie zapowiadająca się historia i do tego sama Elizabeth, która miała nam towarzyszyć przez większą część rozgrywki. Pomyślałem sobie, „cholera, Ken Levine odzyskał formę i spróbuje zrobić coś co przebije System Shocka 2″. Niestety, chuj bombki strzelił, choinki nie będzie…

Muszę teraz po raz kolejny was ostrzec, że bez spoilerów się nie obędzie. Tylko waląc wam spoilerami prosto w twarz, będę mógł pokazać jak bardzo absurdalna jest historia przedstawiona w nowym Bioshocku. Kwęstie tego, że jest to średni shooter próbowałem  pominąć, niestety nie udało mi się to.

Co do fabuły…

Kocham gry, w których mam wpływ na świat w którym toczy się akcja gry. Mogę decydować o losie moich bohaterów oraz napotkanych npców. Nie mówiąc o tym, że w ten sposób wpływam oczywiście w jakiś sposób na zakończenie samej gry. Każdy jednak wie, że to cechy dobrych RPGów. Nikt raczej nie oczekuje od gry FPS, że uraczy nas głęboką, wielowątkową i pełną dylematów fabułą. Twórcy muszą jednak jakoś usprawiedliwić to, że po raz kolejny strzelamy do biednych nazistów  lub walczymy z mocami piekielnymi, zombie u/lib krwiożerczymi małpami. Nie oczekuję tutaj niesamowitej głębi. W końcu to FPS. Jeśli podczas wszechobecnej rozwałki co jakiś czas na mojej twarzy zagości banan, będe zadowolony. Jeśli do tego przyjdzie mi stanąć w szranki z ciekawie zaprojektowanym bossem i wypluć do niego sporo ołowiu/plazmy  zajebistej giwery, to banan nie będzie schodził z mojej twarzy przez większość czasu.

Oczywiście seria Bioshock to nie kolejny Doom więc podchodzi do tematu fabularnego trochę ambitniej. W pierwszej części wyważenie było idealnie. Niestety, Bioshock Infinite przegiął przysłowiową Pałę tak mocno, że w końcu się złamała .

SPOILER ALERT (gdyby coś pokręcił to dajcie mi znać….)

Oto bowiem ma miejsce bitwa, w której amerykańce masakrują indian. Jeden z jej uczestników – Broker DeWitt tak bardzo to przeżył, że postanawia się ochrzcić i zmienić swoje życie. Odtąd nazuwa się Zachary Hale Comstock. Poznaje super laskę (fizyka), która postanawia pomóc mu zrealizować jego marzenia. Tak oto powstaje Kolumbia – miasto w chmurach. Problem polega na tym, że Comstock uważa, że Kolumbia jest „czystym” miastem. Wszystko co znajduje się pod nim jest złe i należy to niszczyć. Tak dzieje się z pewnym miastem, która ulega potędze Comstocka. Od tej pory latającą Kolubmie można przyrównać do Gwiazdy Śmierci a Comstocka do Lorda Vadera.

Pewnego dnia owa pani fizyk odkrywa, ze istnieje wiele/nieskończenie alternatywnych światów (jak w serialu Fringe, który polecam:)). Różnice pomiędzy kolejnymi wersjami „tego” swiata mogą być bardzo niewielkie lub wręcz oblrzymie. W jednym z takich światów odnajduje alternatywnę wersję siebie – mężczyznę o imieniu Robert. Razem „bliźniacy” tworzą duet genialnych fizyków. Oczywiście zły władca Kolumbii postanawia to wykorzystać i zleca fizykom otwieranie nowych do alternatywnych rzeczywistości po to, aby np wykradać z nich nowe technologie lub używać wiedzy pochodzącej a tych innych światów do swoich proroctw (jest w końcu Prorokiem i niemalże Bogiem).

W pewnym momencie powstaje jednak pewien problem – Comstock ciężko choruje i na dodatek nie może mieć dzieci. Kto więc miałby przejąć pałeczkę po tatusiu? Okazuje się, że w świecie brata bliźniaka Pani fizyk, istnieje alternatywna wersja Comstocka. W tamtym świecie DeWitt nie przyjął chrztu i nie założył Kolumbi.. Ma za to córkę imieniem Elizabeth, którą Comstock chcę mu odebrać córkę co w sumie nie jest trudne. DeWitt ma długi, więc oddaje córkę za obietnice ich likwidacji. Podczas finalizowania transakcji jednak się rozmyśla i elizabeth traci opuszek palca (ucina go wymiar do innego świata), przez co córka DeWitta zyskuje super moce otwierania dziur do innych rzeczywistości. Jakis czas potem Comstock staje się zły, bliźniaki-fizycy chcą go powstrzymać więc sprowadzają DeWitta to świata Comstocka, aby ten przyprowadził im Elizabeth(wtedy anulują mu długi, bohater nie pamiętam bowiem, że oddał Elizabeth – tak to jest jak się podrózuje między światami …). Ci bardziej dociekliwi dojdą do tego, że jesteśmy 123 wersją(sic!) siebie samego, która próbuje odzyskać Elizabeth. I tutaj zaczyna się właściwa gra. Po kilku(nastu) godzinach niezbyt porywającego strzelania otrzymujemy właściwe zakończenie, w którym to okazuje się, że jednym sposobem na powstrzymanie Comstocka jest uśmiercenie nas samych w rzeczywistości, w której nasz los i Comstocka łączą się. Zostajemy więc utopieni przez wiele wcieleń Elizabeth. Ostatecznie jednak okazuje się, że w sumie jakimś cudem zyjemy i nasza córka też. Comstock nie żyje, kolumbia nie powstała a na świecie panuje pokój… THE END

 

Fabuła wydaje się wręcz niszczyć nasz mózg, po prostu jest genialna a Ken Levine zasługuje na Oscara… Niestety ale gówno prawda.

Połączenie Matrixa i Fringe jest tak zakręcone, że cała ta historia po prostu nie trzyma się kupy. Pomijam fakt, że nie wyszukując każdego nagrania i nie doszukując się wszędzie podtekstów, po prostu mamy marne szanse na zrozumienie wszystkiego(udało mi się to?). Tak więc strzelamy, szukamy nagrań, znowu strzelamy, potem strzelamy coraz więcej i więcej w sumie nie zastanawiając się dlaczego strzelamy etc. Po drodze próbujemy złożyć wszystko do kupy, ale nam nie wychodzi bo znowu ktoś wbiega nam pod celownik i trzeba strzelać.  Fabuła gdzieś w połowie gry po prostu zatrzymuje się i dopiero na końcu daje nam w kopa w twarz, ale wtedy jest już za późno – albo nas olśni, albo się wkurwimy. Człowiek zastanawia się, jak to wszystko w ogóle jest do cholery możliwe. Ten cały motyw z alternatywnymi światami i podróżowaniem pomiędzy nimi, próbą wpłynięcia na teraźniejszość albo w sumie przeszłość jest po prostu jest za bardzo przekombinowany. Sam motyw z zabiciem Comstocka poprzez uśmiercenie samego siebie w w momencie, gdy obaj jesteśmy jeszcze jedną osobą (przed narodzeniem się proroka, czyli przed przyjęciem chrztu). Jest to w sumie znany dobrze paradoks…

Paradoks dziadka – następujące rozumowanie: „jeśli ktoś podczas podróży w czasie wstecz zabije własnego dziadka przed poczęciem swojego ojca, to ten ktoś się nie narodzi i nie odbędzie podróży w czasie i nie zabije własnego dziadka, więc się narodzi i zabije własnego dziadka, więc istnieje paradoks”. Paradoks dziadka jest szczególnym przypadkiem sytuacji, gdy podczas podróży w czasie uniemożliwia się ją. Jednak jest proponowanych kilka rozwiązań tej sprzeczności, jaką jest paradoks dziadka, mających uczynić ją sprzecznością pozorną:

1) podczas podróży w czasie wstecz podróżnik przedostaje się tunelem czasoprzestrzennym do alternatywnego wszechświata, więc zabicie dziadka spowoduje jedynie to, że podróżnik nie narodzi się we wszechświecie, do którego się dostał i w którym zabił dziadka, a nie nienarodzenie się podróżnika we wszechświecie, z którego przybywa;

2)podczas podróży w czasie wstecz nie można dokonać niczego, co mogłoby ją uniemożliwić, gdyż nie zrobiło się tego w przeszłości; (również wskazuje się na niemożność zmiany linii świata)

Po przetłumaczeniu to wygląda tak:  Zabicie Comstocka przed stworzeniem przez niego Kolumbii powstrzyma cały ciąg dalszych wydarzeń. Elizabeth nie będzie miała super mocy więc DeWitt nie będzie mógł się zabić więc Comstock nadal będzie żyć. Genialna Pani fizyk też nie została by wtedy odnaleziona przez Comstocka więc nie było by mowy o żadnych alternatywnych światach.

Aby to wszystko nabrało sensu, musimy przyjąć, że twórcy wybrali wariant numer 1 bo inaczej cała historia po prostu nie mogła by mieć miejsca. Zresztą, nwwet gdyby była możliwa to i tak jest po prostu przekombinowana i moim zdaniem nie możliwa. Przecież jeśli istnieją alternatywne światy to dlaczego w momencie chrztu DeWitt i Comstock to ta sama osoba i uśmiercenie jej uśmierca Comstocka a nie DeWitta, jak sugeruje zakończenie.  Można to oczywiście  interpretować na wiele sposobów a i tak może się okazać, że żaden z nich nie jest poprawny. Niektórzy uwielbiają snuć różne domysły na takie tematy, dla mnie jednak jest to przerost formy nad treścią. Nic więcej, nic mniej. Mój brat kiedyś narzekał na zakończenie lostów – ciekawe co by powiedział na to zakończenie.

 

Najbardziej boli mnie jednak to, że stworzono piękny i niesamowicie oryginalny świat, który jednak jest tylko statycznym tłem. Stoją sobie npce, którym nic nie można zrobić bo twórcy tak sobie założyli. Mamy piękne ogromne miasto, które jest niczym innym tylko makietą. Idziemy po wyznaczonych drogach, żadnej wolności. Zamiast zwiedzać, musimy zabijać pojawiających się przeciwników i zbierać żarcie, które odnowi nam HP bo nie ma tu automatycznej regeneracji jak w innych fps (jest o wiele wolniejsza).  Na przeżywaną historię też nie mamy żadnego wpływu, bo gra nie pozwala nam podejmować żadnych decyzji, gdzie przy takiej fabule aż się o to prosi!! Ot po prostu liniowość w pełnym tego słowa znaczeniu. Już na początku gry musimy się „ochrzcić” – jeśli tego nie zrobimy to może wywalić grę z dysku bo inaczej tego momentu przejść się nie da. Jeśli już ktoś daje nam tak ambitną historię, to niech chociaż da nam możliwość podejmowania decyzji, które będą miały wpływ na dalszą historię i finałowy koniec. Oczywiście tutaj można by wtrącić, że to fps a nie rpg i tak po prostu musi być. No i przede wszystkim mamy jeszcze motyw, że to 123 próba uratowania Elizabeth, więc nasze wybory praktycznie nic tutaj nie znaczą – tak po prostu musi być, niektórych rzeczy nie można zmienić, etc etc… Ostatecznie udało nam się jednak zmienić bieg wydarzeń, chociaż nie mam pojęcia czemu (bo skąd mam wiedzieć, skoro nie wiem dlaczego ostatnie 122 próby się nie powiodły??). Przypomina mi się motyw z Matrixa: Reaktywacja…

 

Wracając do samej Kolumbii… Kto wpadł na pomysł aby do świata gry wrzucić seksizm, nacjonalizm i rasizm? Dodajmy do tego jeszcze przerysowaną przemoc(zdecydowanie jej za dużo). Z jednej strony mamy jak na tacy pokazane, że Kolumbia to antyutopia i że Comstock oszalał ale z drugiej po co zahaczać o tak poważne tematy w grze, która była reklamowana jako zwykły shooter dla „hamburgerów”. Wszystko to sprawiło, że gra stała się jeszcze cięższa i nie wiadomo było czy skupić się na strzelaniu czy może szukać nagrania, które opowiada o przybyciu członków Ku Kux Klanu do Kolumbii…

Jeśli chodzi o strzelanie, to Infinite od strony shootera wypada średnio. Nie dostaliśmy nic co by jakoś bardzo wyróżniło tą grę na tle poprzednich Bioshocków, nie mówiąc już o tym, że gra wypada słabo na tle innych shooterów. Niby dostaliśmy wigory, czyli odpowiedniki plazmidów z Rapture (w sumie to wykradzione w Rapture i zaadoptowane do świata Infinite…). Dostaliśmy więc to samo tylko w trochę innej oprawie. Mieliśmy sporo typów amunicji, może nawet za dużo. Nie, żebym nie ogarniał tematu ale jakoś te rodzaje amunicji nie wydawały mi się zbytnio potrzebne, skoro na normalu w sumie praktycznie w ogóle z nich nie korzystałem. Zresztą, amunicja pojawiła się już w pierwszym bioshocku, baa była nawet w system shocku 2. Wiec po raz kolejny mamy zajebiście odgrzewany kotlet.

Przeciwnicy niby ciekawe zaprojektowani, ale pojawiali się zdecydowanie zbyt często. Do tego schemat walki zawsze ten sam, czyli jeden czuły punkt i pozostaje nam chowanie się za przeszkodą aż przeciwnik się odsłoni albo będzie można go zaatakować. Wszystko to już było. Jedyny plus za design Songbirda i Handymana. Z tym drugim jednak znowuż walczymy zbyt często i wszystko staje się schematyczne do bólu.

 

Za bardzo się rozpisałem. Podsumowując:

Oczekiwałem rewolucyjnego podejścia do gatunku FPS. Liczyłem, że Ken Levine zrobi z nowym Bioshockiem to samo, co kiedyś uczynił z System Shockiem. Liczyłem, że dostaniemy grę, która wyznaczy nowe standardy. Nawet jeśli zdecydowano by się powrócić do korzeni, czyli dać system rozwoju postaci i ekwipunku z SS2 + Kolumbia nie była tak liniowym światem to i tak była by to swego rodzaju rewolucja w świecie fpsów. Tymczasem dostaliśmy przekombinowaną na maxa fabułe i średniego shootera. Może i jest ta gra czasami widowiska, może i Elizabeth ładnie się prezentuje i cała Kolumbia jest zrobiona z rozmachem ale po takim twórcy i takim studiu z tam przepraszam, wy*****ym budżetem, spodziewałem się po prostu więcej. Niestety marketing robi swoje i życie po raz kolejny pokazały, że nawet średniaka można sprzedać zajebiście, jeśli puści się reklame w TV z cyckami Elizabeth na czele.

 

Let’s the flame begin…

About admin

No information is provided by the author.

Komentarze mile widziane

Podoba ci sie artykul, skomentuj go. Nie podoba sie, tez go skomentuj :)